poniedziałek, 25 marca 2013

ROZDZIAŁ 48

Siedzieliśmy cały wieczór i oglądaliśmy denne filmy na laptopie, kiedy ja powinnam siedzieć w szpitalu i czuwać nad stanem Basi. Wnioskując po moim zachowaniu nie zasługuję na miano przyjaciółki. Wolę obżerać się chipsami razem z chłopakiem, kiedy ona... chłopakiem? Czy ja naprawdę to powiedziałam? Pierwszy raz od kilku miesięcy, nazwałam kogoś chłopakiem. Wśród reszty wyrzutów objawiła się cząsteczka uśmiechu. Oparłam głowę o tors Bartka, a on pocałował jej czubek. Westchnęłam głęboko, jakby to co we mnie siedzi miało ujść razem z wypuszczanym powietrzem. Jednak tak nie było, a ja niesamowicie nad tym ubolewałam. Wszystko mnie przytłaczało, sprawiało, że dawna rozwrzeszczana Julka stała się cichą i dojrzałą Julią... Czy tak smakuje prawdziwe, dorosłe życie? Dlaczego nikt wcześniej nie opowiadał o nim jak o horrorze, który nigdy się nie kończy? Do teraz świadoma byłam tylko pracy, rachunków, które przychodzą co miesiąc i zaśmiecają skrzynkę pocztową i cotygodniowych imprezach, które potem objawiają się bólem głowy. Teraz okazuje się, że to problemy, które same za nic się nie rozwiążą, to rozterki, to słone łzy wylewane w poduszkę, to tęsknota za przeszłością i strach przed przyszłością. Liczysz na bliskich, choć tak naprawdę oni mają swoje sprawy. Oferują pomoc, ale Ty boisz się zaufać. Czy tak powinno być? Nie.
-Muszę jechać do szpitala. - oznajmiłam podnosząc się z podłogi.
-O tej porze? - zdziwił się Bartek spoglądając na zegarek. - Jest sporo po północy.
-Nie obchodzi mnie to, muszę tam jechać. - odparłam chłodno otwierając szafę z ubraniami. Słone krople same cisnęły mi się do oczu, ale obiecałam sobie, że je przezwyciężę. Dorośli ludzie przecież się nie rozklejają.
-Zawiozę Cię. - poinformował siatkarz podchodząc do mnie i obejmując od tyłu. Przytulił tak mocno, jak jeszcze nikt. Gdy poczułam jego ciepło, jego dotyk, mogłam się popłakać, bo wiedziałam, że nie muszę udawać twardej, jak to w moim zwyczaju bywało. Obróciłam się do niego przodem i wcisnęłam twarz w jego koszulkę. Czułam jak waliło jego serce.
-Dziękuję Ci, że jesteś... - uniosłam głowę, aby dostrzec jego uśmiechniętą twarz. On nic nie powiedział, otarł moje mokre policzki i musnął moje usta, po czym wyszedł z pokoju zostawiając mnie samą, abym mogła się przebrać. Naciągnęłam na siebie dżinsowe rurki, a na ramiona narzuciłam szarą bluzę. Po cichu wymknęliśmy się z mieszkania i zeszliśmy do samochodu Bartka.
-Pasy. - zarządził Bartek. Chciałoby się wywrócić oczami, ale przecież on chce mojego dobra. Zgodnie z jego prośbą przepasałam się czarną taśmą. Sygnalizacja już dawno nie działała, mknęliśmy przez ulice, ale ostrożnie, bo o to poprosiłam. Po paru minutach byliśmy już na Grodzkiej. Razem z Bartkiem weszliśmy do szpitala. Jak zwykle krzyki pielęgniarek puściłam mimo uszu i poszłam swoją drogą. Siatkarz maszerował za mną, aż w końcu spostrzegłam siedzącego Zbyszka. Dosłownie leżał na krześle, głowę opierając o błękitną ścianę. Tępo wpatrywał się w śnieżnobiały sufit, a kiedy podeszliśmy do niego, nie miał siły nawet na nas spojrzeć.
-Operują już siódmą godzinę. Nikt nie chce mi nic powiedzieć, wszyscy biegają w tę i z powrotem, a ja nic nie mogę zrobić. - mówił, a po jego policzku spłynęła łza, wcześniej już wytyczonym szlakiem.
-Zabiorę Cię do siebie, prześpisz się, weźmiesz prysznic, zjesz coś. - zaproponował Bartek. Właściwie to wszystko brzmiało jak rozkaz.
-Nie chcę. Nie mogę. - odmówił siatkarz.
-Zbyszek, jesteś na nogach drugą dobę. - usiadłam obok niego.
-I tak nie zasnę. - mruknął. - Zwróciliście uwagę na to, że kiedy Basia się uśmiechała pod wewnętrznym kącikiem jej oczu pojawiały się malutkie dołeczki? - uśmiechnął się mimowolnie. - No właśnie, ja też nie. - pociągnął zakatarzonym nosem, kiedy nie usłyszał naszej odpowiedzi. - A wiecie, że na prawym, zielonym oku, miała brązowe przebarwienie?
Wiedziałam. Zawsze się z niego śmiałam, a ona broniła się swoją oryginalnością.
-Wszystko zaprzepaściłem.
-Nie mów tak. - już miałam chwycić jego dłoń, ale on przetarł nimi twarz.
-Zbieraj się, jedziemy. - zarządził Kurek.
-Nigdzie nie jadę. - wydukał atakujący.
-Zbyszek do cholery jasnej, chcesz sam się wykończyć?! Zachowuj się jak odpowiedzialny facet, nie przesiedzisz tutaj całego życia i tak nie masz na nic wpływu! Podnoś dupę i do samochodu! - wrzeszczał Bartek, ale nie wzruszony Bartman ciągle siedział w tej samej pozycji. - Jak powiem Baśce, że przesiedziałeś tutaj dwa dni w jednej pozie, sama zdzieli Cię po łbie.
Wtedy coś w nim drgnęło, coś ruszyło. Spojrzał na kolegę, a potem na mnie. Jego oczy ponownie nabrały błękitnego blasku. Z niechęcią wstał i chwycił swoją czarną skórę, którą przerzucił przez ramię. Nieprzytomnym, choć radosnym wzrokiem spojrzał na mnie, a ja bez namysłu rzuciłam się w jego objęcia.
-Wszystko będzie dobrze, pamiętaj. - powiedziałam. On tylko pogładził moje plecy, nic nie powiedział.
-Chodźcie. - Bartek pociągnął za koszulkę Zbyszka, a on posłusznie poszedł za nim.
-Ja zostanę. - oznajmiłam, gdy przeszłam kilka kroków. Zibi posłał mi pełne podziękowania spojrzenie, jakby ulżyło mu na sercu.
-Dzwoń, to ja od razu po Ciebie przyjadę. - odparł Bartek. Przytaknęłam kiwając głową. Odprowadziłam ich wzrokiem, a kiedy zniknęli za rogiem korytarza ruszyłam do automatu z napojami. Wrzuciłam drobne do środka i wcisnęłam przycisk z obrazkiem czarnej kawy. Po chwili trzymałam już w ręce styropianowy kubeczek z aromatycznym napojem w środku. Chodziłam po korytarzu we wszystkie strony, piłam kawę za kawą. W międzyczasie Bartek przysłał SMS'a.

Zbyszek śpi jak zabity, nie musiałem go do tego długo namawiać. ;) A Ty jak się trzymasz, słońce? Coś już wiadomo? Kocham Cię, B. 

To dobrze, chociaż trochę zregeneruje siły. : ) Nic nie wiadomo, sala operacyjna ciągle zamknięta... Jak będę coś wiedziała od razu dam znać. Ja też Cię kocham. ;* 

Przykrzyło mi się, rozumiałam rozgoryczenie Zbyszka. Po kilku kubkach kawy moje serce przyjęło zbyt dużo kofeiny, waliło jak oszalałe. Dobrze, że obok nie ma Pawła, nieźle oberwałoby mi się za nie pilnowanie diety. Chociaż, jeśli znów stracę przytomność, mam blisko na oddział. Niech tylko Bóg nie karze mnie za takie myślenie. Usiadłam na krześle, opierając potylicę o zimną ścianę. Po korytarzu przeszła się pielęgniarka, wystrojona w biały fartuszek razem z jakimś pacjentem. Z naprzeciwka nadchodził kolejny lekarz. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, było po piątej. Nawet nie wiedziałam, że tak szybko upłynie mi ten czas, a siedzenie tutaj urozmaicili ludzie kręcący się wokół. Lubiłam przyglądać się ludziom. Często się z nimi utożsamiałam. 
-No w końcu Cię znalazłem! - usłyszałam głośne pretensje. - Przywiozłem Ci kanapkę i herbatkę w termosie. - uśmiechnięty od ucha do ucha Bartek usiadł obok mnie i wyłożył wszystko na krześle, urządzając jeden wielki piknik. 
-Gdzie masz Zbyszka? - zapytałam, od razu wgryzając się w pieczywo. 
-Śpi. Dwie doby wymagają odespania... - westchnął przyglądając się mi jak jem. Nienawidzę tego, wtedy obowiązkowo muszę się upaćkać. 
-Ciapa. - zaśmiał się Kurek, podając mi serwetkę.
-Dobra. - przewróciłam oczami. - A co Ty tutaj w ogóle robisz, też powinieneś spać...
-Jakoś nie mogłem. - poruszył ramieniem. - Zrobiłem Ci śniadanko, a Ty mnie jeszcze wyganiasz... 
-Z troski. - mrugnęłam okiem. 
-Piąta piętnaście, dwanaście godzin operacji? - skrzywił się. - Mógłby nam chociaż ktoś wyjaśnić o co w tym wszystkim chodzi... 
-Nie wnikam, nie jestem lekarzem. - odparłam. 
-Przepraszam. - Bartek zaczepił akurat przechodzącą pielęgniarkę. - Przepraszam panią, czy mogę dowiedzieć się ile potrwa jeszcze operacja na tej sali?
-Niestety nie wiem, nie jestem w stanie odpowiedzieć panu na to pytanie... - zmartwiła się. Nie wiem czemu, ale wzbudziła we mnie sympatię. 
-Dobrze, dziękuję... 
-A czy mogę prosić o pana autograf, córka przepada za panem. - kobieta uśmiechnęła się szeroko. Zdziwiona jej zachowaniem spojrzałam na reakcję Bartka. Był nieco obruszony, ale podpisał się na skrawku papieru. 
-I tym właśnie zajmuje się polska służba zdrowia... - prychnął. 
-Pyszna kanapka. - skwitowałam, chcąc rozluźnić atmosferę. 
-Cieszę się. - uśmiechnął się lekko. Był wyraźnie speszony całą tą sytuacją, bo nie mógł znaleźć odpowiedzi na dręczące nas pytania. Nikt nic nie mógł poradzić, a on i jego ambicja poczuła się urażona, był bezradny. Teraz doskonale zrozumiał Zbyszka.  - Nie wierzę, że tak skutecznie można ignorować pacjentów...
-Bartek, proszę Cię, chociaż Ty zachowaj zdrowy umysł, hm? - przeczesałam dłonią jego włosy i pocałowałam kącik ust. - Ty jedyny racjonalnie myślisz, bez Ciebie zginiemy. - zaśmiałam się. 
-Miło mi to słyszeć, mów mi tak. - nastawił ucho, a ja uderzyłam go w ramię. Po chwili Bartek poszedł po styropianowy kubeczek i obydwoje napiliśmy się herbaty. W szpitalu teraz roiło się od chorych pacjentów i lekarzy obchodzących sale. Nami oczywiście nikt się nie zajął. Nagle z sali operacyjnej, na której leżała Basia wyszedł mężczyzna odziany w biały fartuch. 
-Panie doktorze, co z nią? - od razu zerwałam się z miejsca. On zmierzył nas wzrokiem i zsunął zieloną maskę z ust .
-Nic nie mogę powiedzieć. - wymamrotał.
-Ale jak to? - zmarszczyłam brwi. Miałam ochotę rozmiażdżyć mu twarz. 
-Ktoś z państwa jest z rodziny? - zwrócił się do nas. 
-No nie... - powiedziałam cicho.
-Dlatego to wszystko. - uciął i w biegu ruszył do swojego gabinetu. 
-Jedziemy po Zbyszka. - postanowiłam, od razu kierując się w stronę wyjścia. Bartek posłuchał się i wybiegł za mną, od razu wsiadając do samochodu i ruszając z piskiem opon. Wpadliśmy do jego mieszkania, a Zibi akurat wychodził z łazienki.
-Coś wiadomo? - ożywił się.
-Operacja zakończona, ale nie chcą nam nic powiedzieć, zbieraj się. - rzuciłam skórzaną kurtką w jego stronę. On długo nie czekając nasunął tylko sportowe buty i zbiegł po schodach o mało się nie zabijając. Po drodze co chwila poganiał Bartka, aby szybciej jechał. W końcu, gdy dotarliśmy do szpitala, jak strzała wtargnął do budynku, a my za nim. Siatkarz stał już przy ladzie dowiadując się o najważniejsze informacje.
-Sala czternaście, podobno jest tam jej lekarz. - rzucił i poszliśmy pod wcześniej wskazane pomieszczenie. Rzeczywiście, przy łóżku stał dosyć starszy mężczyzna i pielęgniarka. Ta sama, która brała autograf od Bartka.
-Słucham? - doktor odwrócił się w naszą stronę i spojrzał znad okularów.
-Jak ona się czuje? - zapytał po cichu.
-A pańtwo z rodziny? - prześwidrował nas wzrokiem.
-Ja jestem narzeczonym... - odpowiedział niewinnie. - Ale Ci dwoje to bliscy znajomi...
-Nie powinienem mówić w towarzystwie obcych, ale zrobię wyjątek.
-Dzięki Ci łaskawco. - wymamrotał Bartek pod nosem, a ja trąciłam go łokciem.
-Pani Mróz jest w stanie stabilnym, operacja przebiegła pomyślnie, lecz skutkiem takiej operacji jest fakt, iż nie będzie mogła mieć więcej potomstwa. - westchnął, a Zbyszek zacisnął dłonie w pięści. -Razem z płodem usunęliśmy trzon macicy. Teraz czekamy, aż wybudzi się ze śpiączki farmakologicznej i przeprowadzimy kilka stosownych badań.
Na samą myśl przeszły mnie ciarki. Jej pierwotne pragnienia o usunięciu ciąży właśnie się spełnią...
-Czy mogę przy niej posiedzieć? - zapytał Zbyszek łamiącym głosem.
-Oczywiście, ale niedługo. - lekarz mijając nas ponownie spojrzał na nas znad okularów. Bartman od razu usiadł przy szpitalnym łóżku i ujął dłoń Basi w swoje. Pocałował ją delikatnie, a z kieszeni wyjął pierścionek, który oddano mu przy przyjęciu do szpitala. Obrócił go w ręku i nasunął na jej palec. Bartek także przyciągnął mnie do siebie i pocałował we włosy. Ten widok tak bardzo mnie rozczulił, że nie potrafiłam pohamować łez.
-Zostawmy go. - szepnął Kuraś. Skinęłam głową i obydwoje wyszliśmy z sali, po cichu zamykając drzwi. Wtedy zadzwonił mój telefon.
-Halo? - odezwałam się.
-Gdzie Ty się szlajasz całą noc?! - krzyczał oburzony Paweł. - Co to ma znaczyć?!
-Jestem z Bartkiem w szpitalu, Basia jest po operacji. - powiedziałam spokojnie.
-A. - zamilkł. - Kiedy wrócicie?
-Niedługo, możesz zrobić nam dobre śniadanie. - uśmiechnęłam się do Bartka.
-To czekam.
-Do potem. - zakończyłam połączenie.
-Braciszek się martwi? - Bartek pociągnął mnie za bluzę i padłam na jego kolana, co boleśnie odczułam.
-Martwi się, sześć godzin po tym, jak wyszłam z domu. - pokręciłam głową.
-Lepiej późno niż wcale. - wzruszył ramionami. - Kogo Ty masz na tapecie?! - pisnął, łapiąc w popłochu moją komórkę.
-A, tacy tam... - machnęłam ręką.
-Co tacy tam?! Kto to jest?!
-Bez paniki, żaden kochanek... - zaśmiałam się. - Brytyjski zespół... Rizzle Kicks.
-Co? - skrzywił się jeszcze bardziej przypatrując się zdjęciu.
-I tak nie znasz. - wyrwałam mu telefon z rąk.
-Czemu nie masz mojego zdjęcia na tapecie? - uniósł brew.
-Bo nie mam żadnego, które mogłabym wstawić. - zasmuciłam się. Chłopak kolejny raz wyrwał komórkę z moich objęć i odszukał aplikację robiącą zdjęcia.
-Przyjmij ładną pozę.
-Fajnie robić sobie zdjęcia w szpitalu, co? - pokręciłam głową.
-Uśmieeech! - oboje wyszczerzyliśmy się do obiektywu, a ostry flesz strzelił nam w twarz.
-Jeszcze raz. - skrzywiłam się, widząc efekt naszej pracy.
-Jak sobie panienka życzy. - zasalutował siatkarz. Muszę stwierdzić, że zdjęcia na spontanie wychodzą najlepsze. Tak było też w tym wypadku.
-Możecie już jechać, ja poczekam aż się obudzi. - oznajmił Zbyszek, który właśnie wyszedł z pomieszczenia, w którym przebywała Basia.
-Na pewno? - zapytał Bartek, a atakujący przytaknął kiwając głową. - Może coś Ci przywieźć...
-Nie, dzięki. - westchnął posyłając wymuszony uśmiech. Razem z Kurkiem spojrzeliśmy tylko po sobie.
-Daj znać, jak się obudzi. - pogładziłam jego ramię.
-Jasne.
-Trzymaj się. - koledzy z reprezentacji przybili ze sobą głośną piątkę, po czym razem z Bartkiem skierowaliśmy się do wyjścia.

_______________________________________________________________

Co szaleję! :D Hahaha. :D  Jeszcze przed treningiem udało mi się coś dodać. To teraz śmigam trochę porozgrywać, a potem czeka na mnie geografia. ♥ 
Pozdrawiam, Sissi. ♥ 

sobota, 23 marca 2013

ROZDZIAŁ 47

-Chcesz zarobić trochę kasy? - zapytał.
-Jeszcze pytasz! - od razu się ożywiłam. Może i jestem materialistką, ale moim zdaniem, pieniądze szczęście jednak dają.
-Potrzebujemy nowych zdjęć na sezon 2013/14. Piszesz się? - wyjrzał zza framugi moich drzwi.
-Drużynowo, czy każdy z osobna? - westchnęłam.
-I drużynowo, i pojedynczo... potem wyjdą jako pocztówki, plakaty i inne gadżety dla kibiców...
-No spoko. - mruknęłam. To co, że wcześniej już odechciało mi się spać, teraz opływałam w krainę Morfeusza.
-To zadzwonię do klubu i powiem, że znalazłem ochotnika. Mieli szukać kogoś nowego, bo przecież razem z Pauliną jesteście takie zajęte, no ale jeśli się zgadzasz... - nie przestawał mówić, ale ja już po chwili całkowicie przestałam go słuchać. Wśród rozmyślań nad Basią, dzieckiem, Alkiem, Bartkiem zasnęłam...

Obudził mnie dzwonek do drzwi. Nieprzytomnym wzrokiem spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Szesnasta pięć. Zaspana z powrotem rzuciłam się na łóżko, bo przecież otworzy Paweł.
-Śpiąca królewno... - dobiegł mnie jakiś głos. Bardzo dobrze znany mi głos. Szybko odwróciłam głowę. W drzwiach stał Winiar. - Czemu nie odbierasz ode mnie telefonów?!
-Śpię. - bąknęłam tylko i powróciłam do kontynuowania wcześniej przerwanej czynności.
-Szesnasta! - wrzasnął Michał.
-O szóstej poszłam spać! - ja także podniosłam głos.
-Czemu tak późno? Paweł, jak zajmujesz się siostrą?!
-Baśka jest w szpitalu, byłam u niej. - odparłam, siadając na brzegu łóżka.
-Co się stało? - zapytał.
-Razem ze Zbyszkiem mieli wypadek, mogą stracić dziecko. - posmutniałam.
-Współczuję. - powiedział Michał po cichu.
-Za współczucie czasu się nie cofnie. - warknęłam i popędziłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic i przyprowadziłam się do porządku. Po tym od razu zadzwoniłam do Zbyszka, a ten powiedział, że cały czas jest w szpitalu, a wie tyle samo co dotychczas. Nie były to dobre wieści... Wróciłam do chłopaków, gawędzili oglądając jakiś teleturniej. Zrobiłam sobie herbatę i przysiadłam się do nich.
-Głowa boli? - zaśmiał się przyjmujący. Pokręciłam głową zanurzając usta we wrzątku.
-Julson będzie autorem naszych zdjęć na nowy sezon. - poinformował Zati.
-To dobrze, bo już myślałem, że będę musiał wdzięczyć się przed obiektywem kogoś obcego. - odetchnął Winiarski.
-Niespodzianka. - uśmiechnęłam się lekko. Po kilkunastu minutach Michał stwierdził, że będzie się zbierał, bo wpadł tylko zobaczyć jak się czuję. - Ja też pójdę się przewietrzyć...
Narzuciłam na siebie szarą, rozpinaną bluzę i wyszłam z mieszkania. Tak naprawdę chciałam porozmawiać z Michałem, już dawno nie miałam z nim kontaktu.
-Co się stało? - zaczął.
-A czy coś musiało się dziać? Po prostu dawno ze sobą nie rozmawialiśmy... - schowałam ręce do kieszeni.
-Julka, widzę, że coś jest nie tak. - powiedział. Pomimo tego, że przyjechał samochodem skierowaliśmy się w stronę parku. Przełknęłam ślinę. - Chodzi o Alka? - westchnął.
-Bo nagle pojawił się ni stąd, ni zowąd, w dodatku z dziunią u boku, zachowuje się tak, jakby nigdy nic, potem stwarza złudne nadzieje! Jeszcze wypadek Zbyszka i Baśki, to wszystko naraz zwala mi się na głowę. - wyrzucałam z siebie słowa z prędkością światła, a łzy napłynęły do moich oczu. - Jeszcze śmieje mi się w twarz, że on potrafi sobie kogoś znaleźć, a ja nie! Alvaro się znalazł! Ciekawe ile już lasek przewinęło się w jego łóżku! - wrzeszczałam na środku ulicy.
-Dałaś się nabrać na jego dziecięce gierki? - prychnął Michał. - Proszę Cię, to na kilometr śmierdzi żartem! Tak samo jak Twój związek z Bartkiem...
-Nie jestem z Bartkiem dla żartów. - burknęłam wycierając policzki. - Kocham go.
-Jasne. - zaśmiał się pod nosem. - Co jeszcze chcesz udowodnić temu dzieciakowi? Zapomnij w końcu o nim.
-Ale ja nie potrafię! On cały czas przewija się wtedy, kiedy nie trzeba!
-A może on też ciągle coś do Ciebie czuje?
-I sprowadza na urodziny Bartka dziewczynę?
-Bo chce wzbudzić w Tobie zazdrość, tak jak Ty w nim za pomocą Kurasia...
-Nie chcę wzbudzać żadnej zazdrości. - fuknęłam.
-Dobra, jeszcze raz. - westchnął. - Kochasz Bartka?
-Powiedziałam Ci, że tak!
-A Alka?
Zacięłam się.
-I wszystko jasne. - wzruszył ramionami, jakby był dumny z siebie.
-Co jest jasne, nic nie jest jasne! - krzyknęłam.
-Chcesz męczyć się przez resztę życia, czy wyjaśnić wszystko Bartkowi i troszeczkę uszczerbić jego serduszko?
-Zadajesz strasznie głupie pytania! - bąknęłam. - Nie gadam z Tobą, pozdrów Dagę i Oliego.
-Przyślę do Ciebie Bartka jutro rano, o ile sam wcześniej Cię nie nawiedzi!
-Spadaj! - wróciłam do mieszkania. Rozdarta, zdezorientowana i z rozerwanym sercem. Biłam się z myślami, lecz w końcu postanowiłam, że jeszcze dzisiaj umówię się z Bartkiem. Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Bartek pojawił się w naszym mieszkaniu niecałą godzinę później.
-Cześć. - przywitał się entuzjastycznie i ucałował mój policzek. Od razu zaprosiłam go do swojego pokoju, lecz nawet tam nie można było posiedzieć w spokoju, bo Paweł co chwila przychodził do nas, z coraz do wymyślniejszymi pytaniami.
-Jak z Basią? - zapytał siatkarz, zajadając się zbożowymi ciastkami.
-Źle. - ucięłam.
-A co się dokładnie stało? - drążył temat.
-Czy to takie ważne? Nie o tym chciałam z Tobą porozmawiać.
Bartek wyraźnie się zdziwił i przestał przeżuwać to, co aktualnie miał w ustach.
-Wiesz jaka jest sytuacja pomiędzy mną, a Alkiem, prawda? - zaczęłam.
-Powiedzmy. - spoważniał.
-Chcę żebyś wiedział, że... - westchnęłam głęboko, a on wpatrywał się we mnie jak w obrazek. Krępowałam się. - Że Cię kocham. - skończyłam, a siatkarz wyraźnie rozpromieniał. - I nie chcę żebyś myślał, że jestem z Tobą tylko dlatego, aby wzbudzić w nim zazdrość, czy coś udowadniać.
-Ale mi to nawet nie przeszło przez myśl... - uśmiechnął się szeroko i chwycił moją dłoń.
-Cieszę się, że możemy być razem. - rzuciłam się w jego objęcia.
-Ja bardziej. - szepnął i pocałował moje włosy.
-Obrałem Wam owoce, trochę witaminek Wam się przyda. - do pokoju, jak do siebie wparował Zator.
-Dziękujemy. - mruknęłam, spoglądając na niego karcącym wzrokiem.
-Przynieść Wam coś jeszcze? - wyszczerzył się od ucha do ucha.
-Dzięki, zapchamy się owocami. - bąknęłam. W tamtym momencie zadzwonił mój telefon. Spojrzałam na wyświetlacz i ujrzałam nazwę "Zbyszek". Czym prędzej odebrałam.
-Halo?
-Zabrali Basię na salę operacyjną, nie było już żadnego ratunku. - powiedział.
-Obudziła się?
-Nie. - uciął.
-Możemy po Ciebie przyjechać, może odpoczniesz?
-Nie, nie jestem zmęczony. Kończę, pozdrów wszystkich... - rzucił ponuro i zakończył połączenie.
-Co się stało? - spytał Paweł.
-Zabrali Baśkę na operację. - odpowiedziałam. - Zbyszek nie chce jej zostawić choć na chwilę...
-Przecież każdemu potrzebna jest chwila snu...
-Powiedz to jemu. - westchnęłam. - Powinnam tam być.
-Przestań i tak na nic nie masz wpływu. - wtrącił Bartek. Spojrzałam na niego z wyrzutem, ale przecież miał rację, nic nie mogłam poradzić, a sama katowałabym się ilością nieprzespanych godzin.

_______________________________________________________

Krótko, bez łądu i składu, bo późno. :c 
Potem się zrekompensuję. :* 
Pozdrawiam, Sissi. ♥ 

poniedziałek, 18 marca 2013

ROZDZIAŁ 46

Po tych słowach Zbyszek rozłączył się, a mnie pozostawił z problemem jak najszybszego dojazdu na Grodzką. Procenty, które już dawno trafiły do mojej głowy wcale nie ułatwiały mi zorganizowania transportu.
-Paweł, zawieź mnie na Grodzką. - pierwsze co, poszłam do brata.
-Czym? Odrzutowcem mam polecieć? Promem popłynąć? - mamrotał namiętnie grając na konsoli z Kłosem. Potem dotarło do mnie, że przyjechaliśmy taksówką. Na Bartka też nie miałam co liczyć, wypił już dosyć sporo. Praktycznie każdy tutaj nie był w stanie prowadzić.
-Słyszałem, że potrzebujesz podwózki. - przed moimi oczyma pojawiła się moja bordowa ramoneska kiedy już wybierałam numer na taksówkę. - Jak zależy Ci na czasie to szybko. - moim wybawcom okazał się Aleksandar. Nie byłam przekonana co do tego pomysłu, a nawet nie chciałam z nim jechać, ale nie miałam innego wyjścia. Poszłam tylko oznajmić Bartoszowi, że jadę do Zbyszka z Alkiem. Szybko zbiegłam po schodach, a przed klatką schodową już stał czarny Mustang. Wsiadłam do niego trzaskając drzwiami, przez co już na wejściu mi się oberwało.
-Co się stało? - zapytał oschle, jakby z przymusu.
-Nie wiem, nie chciał mi powiedzieć. - odparłam obojętnie. Obojętność widoczna była tylko w moim głosie, w głowie rodziły się najczarniejsze scenariusze. Nie wiedziałam czego mam się spodziewać i czy warto szargać swoje nerwy jadąc tam z człowiekiem, którego teraz conajmniej nie znoszę. - A Ty tak bez niczego zostawiłeś Mirianę w obcym towarzystwie? - miałam ochotę zaśmiać mu się w twarz, ale powstrzymałam się. Wewnętrzny głos mi zabronił.
-Poradzi sobie. - odrzekł, ostro skręcając w lewo, a ja prawie wyłożyłam się na jego kolanach. Ewidentnie za dużo promili pływa w mojej krwi. Dalsza podróż minęła nam w ciszy, nawet radio było wyłączone, a wokół słychać tylko szurgot silnika i nasze oddechy, które były nieludzko szybkie. Nie wiem, czy to dlatego, że oboje chcieliśmy już wysiąść z tego samochodu, aby nawzajem nie stykać się ramionami, czy to dlatego, że martwiliśmy się o Basię. Ja marzyłam o tym pierwszym, a bałam się o to drugie. Po kilkunastu minutach katorgi dotarliśmy na Grodzką. Tam po jednej stronie ulicy szpital, a po drugiej restauracja. Nie przypuszczałam nawet, że o trzeciej w nocy ktoś będzie siedział w restauracji, tym bardziej w zamkniętej. Stres i adrenalina wzięła nade mną rządy i jak wiatr wtargnęłam do sterylnej poczekalni szpitala. Za mną wbiegł Atanasijević. Nie zważając na krzyki i pretensje pielęgniarek pobiegłam wzdłuż korytarza w zamiarze odnalezienia siatkarza i przyjaciółki. Gubiłam się wśród biało-błękitnych labiryntów, co chwila potykając się o łóżko z pacjentem. Alex biegał za mną w tę i z powrotem. Po wielu zmaganiach w końcu natrafiliśmy na Zbyszka. Siedział pod jedną z sal, z twarzą wgniecioną w dłonie. Łzy momentalnie napłynęły do moich oczu, choć tak naprawdę jeszcze nic nie wiedziałam. Wolnym krokiem podeszłam do Zbyszka i mimowolnie przejechałam dłonią po jego plecach. Trząsł się, płacząc. Nie byłam w stanie wydusić nawet prymitywnego "co się stało", słone krople zataranowały moje gardło. On ciągle płakał, oparty łokciami o uda, żadne z nas nic nie mówiło, nawet Alek usiadł na krzesłach po drugiej stronie i przypatrywał się nam.
-Co jest? - wydukałam w końcu. Zbyszek spojrzał wtedy na mnie czerwonymi i napuchniętymi od płaczu oczami. Zacisnął zęby i jakby na chwilę chciał się nawet uśmiechnąć, ale nie umiał, mimika twarzy ciągle była ta sama.
-Mieliśmy wypadek. - oznajmił, ocierając mokre policzki i wpatrując się w jeden punkt przed sobą. - Jechaliśmy na urodziny do Bartka... - znów opuścił głowę, lecz powstrzymał strumienie wody lecące z oczu i ponownie podniósł twarz, obierając nowy obiekt spojrzenia. Spontatnicznie chwyciłam jego dłoń, lekko pocierając kciukiem. - Ona mówiła mi żebym zwolnił - mówił łamiącym głosem, jakby kolejny raz miał wybuchnąć płaczem. - Ale ja tak bardzo się spieszyłem. Przejechałem na czerwonym, akurat na krzyżówce znalazł się tir... - uciął na chwilę, aby znów otrzeć twarz. - Uderzył w auto od strony pasażera. Ona krzyczała moje imię, powiedziała, że chyba umiera... - to ostanie zdanie wypowiedział już poprzez łzy, nie umiał ich pohamować, tak jak ja. Kątem oka widziałam, jak nawet Alek niepozornie ociera policzek, pociągając nosem. Byłam w totalnym szoku, zdecydowanie za dużo wrażeń jak na jeden wieczór.
-Żyje? - szepnęłam. On ponownie schował twarz w dłonie, szlochając głośno.
-Nie wiem. - powiedział cicho, praktycznie bezdźwięcznie. - Nie wiem, nie wiem, nie wiem... Lekarze nic nie mówią, nikt mi nie chce nic powiedzieć! - podniósł głos. - A jeśli ją zabiłem?! - spojrzał na mnie wzrokiem błagającym o to, żebym zaprzeczyła. Ja jednak nie odważyłam się na żadną reakcję. - Co jeżeli już nigdy nie zobaczę jej uśmiechu?! - mocniej ścisnął obydwie moje ręce. - Nigdy sobie tego nie wybaczę... - dodał już znacznie ciszej ciągle świdrując mnie wzrokiem. Nie wiedziałam, czy mam go pocieszać, gdyż kompletnie nie wiedziałam jaka jest sytuacja.
-Przynieść Wam kawy? - z drugiej strony odezwał się nadwyraz spokojny głos Alka. Obydwoje skinęliśmy głowami, a chłopak ruszył w stronę automatu z napojami. My ze Zbyszkiem ciągle siedzieliśmy w tym samym miejscu i czekaliśmy na jakikolwiek odzew ze strony lekarzy, lecz nic takiego się nie stało. Siedzieliśmy tam i płakaliśmy wspominając stare dzieje. Wypiliśmy trzy kubki kofeiny, ale nie martwiliśmy się o zawał serca. Bardziej o to co dzieje się z Basią. Odebrałam kilka telefonów od Pawła, kilka od Bartka i jeden od Winiara. Wszyscy chcieli dowiedzieć się co się stało i co z nami.
Nagle, nad ranem po trzech godzinach naszego wspólnego czuwania przed nami pojawił się mężczyzna w białym fartuchu i granatową podkładką pod kartki.
-Rodzina pani Mróz? - zapytał oficjalnym tonem.
-Tak. - uciął Bartman.
-Pani Mróz jest w stanie krytycznym, aktualnie znajduje się śpiączce. - mówił bez jakiegokolwiek poruszenia, jakby to co dzieje się teraz było najnormalniejszą rzeczą na świecie.
-Co z dzieckiem? - zapytał przerażony Zbyszek.
-I właśnie do tego chciałbym nawiązać... - lekarz westchnął głęboko. Wszyscy troje głośno przełknęliśmy ślinę.
-Przeżyją? - siatkarz odezwał się łamliwym głosem.
-Ryzyko śmierci jednego z nich jest ogromne, wręcz nieuniknione. - odpowiedział.
-Jak to!? - wrzasnęłam.
-Mąż? - zwrócił się do Alka, a on pokręcił głową.
-Ja jestem narzeczonym. - wtrącił Zibi, a lekarz wyraźnie się zmieszał.
-Więc musi Pan wybrać, albo narzeczona, albo dziecko... - jednym ruchem skreślił coś na białej kartce i przeniósł na nas wzrok. Zbyszek nie wiedział co ma powiedzieć, oczekiwał od nas pomocy. - Liczy się czas...
-Naprawdę nic nie da się zrobić?! - krzyczał. - Co to jest za szpital, jeśli nie potraficie uratować człowieka!
-Niech się pan nie unosi, robimy wszystko co w naszej mocy... - uspokajał go doktor. Załamałam się. Za chwilę mogę stracić najbliższą mojemu sercu osobę.
-W Waszej mocy?! Nic nie jest w Waszej mocy! Takie pytania w ogóle nie powinny mieć miejsca!
-Wiem jak się pan teraz czuje, ale naprawdę proszę zachować spokój...
-Jak mam zachować spokój, jeśli muszę wybierać pomiędzy narzeczoną, a jeszcze nienarodzonym dzieckiem?!
-Rozumiem pana reakcję, ale pańska furia w niczym nie pomoże.
-Zbyszek, naprawdę, ochłoń, przemyśl wszystko... - włączyłam się do dyskusji, choć fatalnie się czułam.
-Nad czym mam myśleć... - warknął, przecierając swoją twarz.
-Zostawię państwa samych, liczę na szybkie podjęcie decyzji... - powiedział na wychodnym i odszedł w stronę innych szpitalnych sal.
-Zbyszek, dzieci będziesz mógł mieć jeszcze mnóstwo, Basia będzie jedna... - te słowa ledwo przeszły przez moje gardło. Nawet nie chciałam ich wypowiadać...
-Dlaczego tak musi być? - spytał Bartman, jak małe dziecko wtulając się we mnie. - Dlaczego to ja muszę wybierać? Co mam zrobić?
-Zbyszek, bądź silny, wszystko jest w Twoich rękach. - gładziłam jego plecy.
-Nie mogę, nie umiem...
-Dasz radę. - westchnęłam. Teraz to ja hamowałam swój płacz, ledwo utrzymując się na krześle. Myślałam, że za chwilę padnę na podłogę i stracę przytomność.
-W sumie... ja już chyba podjąłem decyzję. - oderwał się ode mnie.
-Pamiętaj, tego już nie da się odwrócić, przemyśl wszystko.
-Wiem. - odparł chłodno. - Jest tylko jedna osoba, bez której nie mam po co żyć. - uśmiechnął się blado.
-Jeśli według Ciebie to dobry wybór, to go podejmij...
-Podjęli już państwo decyzję? - przed nami znowu stanął doktor, który zajmował się Barbarą.
-Tak. - oznajmił siatkarz. - Chcę, aby przeżyła moja narzeczona...
-Jest pan pewien?
-Jak nigdy.
-Podejmiemy co do tego właściwe działania... - poinformował lekarz i zniknął z naszych oczu.
-Czuję się jak morderca... - stwierdził polski atakujący.
-Nie miałeś innego wyjścia, musiałeś to zrobić...
-Dziękuję, że tu ze mną byliście, sam nie dałbym rady... - mocno mnie przytulił.
-Basia jest tak samo ważna dla Ciebie jak i dla mnie... - odwzajemniłam uścisk. Zbyszek uścisnął dłoń Alex'a
-Idź spać, strasznie wyglądasz... - skwitował Bartman.
-I tak się czuję. - odparłam. Ostatni raz się z nim pożegnałam i razem z Alkiem poszliśmy w kierunku wyjścia. Słaniałam się na nogach, myląc kierunki, a stopy plątały się pode mną.
-Co z Tobą, źle się czujesz? - zapytał w końcu, otwierając przede mną drzwi auta.
-Trochę mi słabo. - odparłam i rzuciłam się na siedzenie.
-Znowu za dużo wypiłaś, nie pamiętasz o chorobie? - zganił mnie Atanasijević, przekręcając kluczyk w stacyjce.
-A co martwisz się o mnie? - parsknęłam zapinając pasy, jednak w odpowiedzi usłyszałam ciszę. Alek ruszył z piskiem opon, a ja oparłam głowę o zagłówek i biłam się z organizmem, aby tylko nie zwymiotować. Podróż jak zwykle minęła nam w ciszy. Na ulicach pusto, sygnalizacja wyłączona, tylko my pędziliśmy przez skrzyżowania. W końcu dotarliśmy pod klatkę schodową mojego starego mieszkania.
-Nie mieszkam tutaj... - skrzywiłam się.
-Co Ty bredzisz, wysiadaj... - westchnął siatkarz.
-Naprawdę, razem z Pawłem przeprowadziliśmy się. - oznajmiłam.
-Czemu mi wcześniej nie powiedziałaś? - bąknął. - Gdzie mam Cię zawieźć?
-Na Łódzką...
-Czemu zmieniliście mieszkanie? - zapytał.
-Długa historia... - machnęłam ręką. Nie chciałam wracać wspomnieniami do tamtego momentu.
-Mamy czas. - zdobył się na lekki uśmiech, choć ten po chwili zniknął z jego twarzy.
-Lepiej mi powiedz co z Mirianą... nie martwisz się o nią, jest późno, zostawiłeś ją samą u nieznajomych...
-Nie zmieniaj tematu, ona poradzi sobie lepiej niż myślisz. - urwał.
-Naprawdę nie chcę teraz gadać na ten temat, może kiedyś się odważę. - powróciłam do swoich rozmyślań. Z nich wyrwał mnie głos Alka i pytanie, w którą uliczkę ma wjechać. Wytłumaczyłam mu, a on sprawnie podjechał pod moje mieszkanie.
-Może wejdziesz? - zapytałam nieśmiało. W sumie z grzeczności. Modliłam się, aby odmówił.
-Dzięki, ale jest już rano... - wskazał na wyświetlacz telefonu. Szósta osiemnaście.
-No to... do zobaczenia kiedyś tam. - uniosłam brew.
-Trzymaj się. - pohamował się, żeby tylko się nie uśmiechnąć. - Pozdrów Bartka. - krzyknął za mną kiedy ja przymykałam drzwiczki Mustanga. Odetchnęłam, że to już koniec mojej mordęgi. Już pewniejszym krokiem niż dotychczas doszłam do mieszkania. Tam znajdował się już Paweł. Brał akurat prysznic. Ja także zdjęłam swoje szpilki, które strasznie pokaleczyły moje stopy. Usiadłam na kanapie, a oczy same mi się zamykały.
-O, kto raczył się zjawić. - Zati wyszedł z łazienki, przepasany jedynie ręcznikiem zostawiając po sobie mokre ślady stóp na panelach. - Kuraś płakał, że nie odbierasz od niego telefonów...
-Jak nie odbieram, jak odbieram. - fuknęłam i teraz ja zajęłam pomieszczenie z prysznicem. Tego mi było trzeba. Tego orzeźwienia, chłodu i czystości. Po krótkim ogarnięciu swojego ciała wyszłam z łazienki i od razu skierowałam się do pokoju.
-Mam dla Ciebie dobrą wiadomość. - krzyknął Paweł z kuchni. Nie wnikam co robił tam już o szóstej rano po całonocnej imprezie...
-Olśnij mnie. - rzuciłam się na łóżko. Nie miałam już kompletnie siły.

________________________________________________________________

I znowu moja dyscyplina poszła gdzieś. :c 
Znowu nie napisałam rozdziału tak, jak miało być.
Znowu wszystko pomieszałam i sama się w tym gubię.
Znowu przedłużam opowiadanie.........
Ale to dobrze? Czy nie? ;> 
Pozdrawiam, Sissi. ♥