-Napij się ze mną. - szturchnęła mnie łokciem.
-Prowadzę. - odpowiedziałem, popijając pomarańczowy sok.
-No ze mną się nie napijesz?! - zapytała z wyrzutem.
-Noc mamy długą. - poruszałem brwiami. Rzeczywiście, nie wybiła nawet północ.
-Aleczek, dobrze, bądź asertywny. - do naszego towarzystwa dosiadł się Winiarski.
-To idę tańczyć, Kubi chodź! - przywołała świadka ręką, a ten zdziwiony wlepił w nią spojrzenie. Kiedy przeszli na "TY"? Od kiedy to ona prosi go do tańca?
-Idź zamiast mnie. - skinął głową w kierunku parkietu, na którym Julka już miotała się na wszystkie strony, w rytmach lat siedemdziesiątych.
-Nie jestem dobrym tancerzem. - skrzywiłem się.
-Żaden facet nim nie jest. - prychnął. Kiedy już miałem wstawać od stołu, napadła na mnie Basia.
-Czemu jej nie pilnowałeś? Wiesz, że choruje! - stuknęła swoim palcem wskazującym w mój tors. Bolało.
-Nie jestem niańką. - zmarszczyłem czoło. - A ona jest pełnoletnia i raczej jej nie potrzebuje. - dodałem po chwili.
-To co, że jest pełnoletnia! Zachowuje się jak przedszkolak, a ja zostałam bez świadkowej. - pokręciła głową z politowaniem. - Czemu nie zaprosiliśmy Pawła... - westchnęła głośno i wróciła do swoich gości.
-Kto ze mną zatańczy?! - usłyszałem głośny lament od strony parkietu.
-No idę. - pomachałem jej ręką i skierowałem się w jej kierunku. Rozpromieniała i od razu pociągnęła mnie na sam środek sali, przez co wylądowaliśmy w centrum zainteresowania.
-Nie wstydź się, przyjaciele też razem tańczą. - oznajmiła, wyrzucając ręce w górę i obejmując nimi mój kark.
-Nie wstydzę się. - wyparłem się, kładąc swoje dłonie nieco powyżej jej lędźwi.
-Jasne, drżysz jak przestraszony chihuahua. - uśmiechnęła się szeroko.
-Zimno mi. - palnąłem, a ona jeszcze głośniej się roześmiała.
-Dobra, zapomniałam, jak bardzo zabawny możesz być. - przylgnęła swoim policzkiem do mojej klatki piersiowej, a ja człapiąc po podłodze próbowałem złapać jakikolwiek rytm, co niezbytnio mi wychodziło. Wyglądałem bardziej jak kręcąca się kłoda drewna. - To Twoje serce tak bije, czy mój mózg pulsuje? - zapytała po chwili, a ja nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy płakać.
-Nie masz mózgu, to co ma Ci pulsować. - sam nie wierzyłem, że to powiedziałem. Ja=idiota.
-Cenna uwaga. Mądralo... - parsknęła. - Ale tak "baj de łej" możesz nie deptać moich stóp? Wolę nie patrzeć jak właśnie wyglądają moje szpilki w kolorze ecru.
-Jakim kolorze?
-Kremowo-beżowym. - westchnęła pełna litości dla mojej niewiedzy.
-Myślałem, że one są białe...
-To źle myślałeś. - burknęła. - Teraz na pewno są czarne.
-Nie wyglądają najgorzej... - zerknąłem w dół. Zgodnie z prawdą nie były czarne. Jedynie lekko szarawe. Po jeszcze kilku takich nieszczęsnych nadepnięciach, Julka wywnioskowała, że lepiej będzie, jeśli zatańczy z najbardziej muzykalnym z siatkarzy Michałem W. a mnie pozostawiła samemu sobie. Wróciłem więc do stołu, nalewając sobie kolejną szklankę napoju i trzymając ją w ręku tuż przy ustach, przyglądałem się rozradowanej Zatorskiej, która tak beztrosko wywijała na parkiecie do polskiego disco. W duchu uśmiechałem się do siebie, bo już dawno nie miałem okazji zobaczyć jej tak wyluzowanej.
-Stary, nie zapraszaj nigdy tak dużo kobiet na swoje wesele. - na krzesło obok mnie, dosłownie padł zmachany Zbyszek. Rozumiałem jego ostrzeżenie i planuję wziąć je sobie do serca. - Nawet z własną żoną nie zdążyłem zatańczyć, bo wszystkie ciotki się na mnie rzuciły! - otarł pot z czoła, brązową serwetką. Ciekawe jak ten kolor nazwałaby Julia. Kora drzewna? - Przejmij ich trochę, co?
-Jeśli ja bym je przejął, wszystkie wybiegły by z tego wesela z płaczem... - zaśmiałem się.
-Baba z wozu, koniom lżej. - poruszył ramieniem. Nie wiem jak to przysłowie miało się odnieść do weselnych pląsów, ale pozostawiam to Zibiemu. - A jak tam z panną Zatorską, działania rozpoczęte?
-Jakie działania... Nic nie idzie tak jak powinno. - obracałem szklane naczynie w dłoniach.
-Daj jej trochę czasu, sam wiesz jak to jest...
-Przecież ona znowu traktuje mnie jako takiego przyjaciela, z którym już nigdy nie porozmawia o przystojnym facecie z galerii handlowej. Wszystko zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni, niby jest jak kiedyś, lecz tak naprawdę całkiem inaczej. Rozumiesz? - skierowałem spojrzenie na Bartmana, który niezwykle pochłonięty moimi wylewnymi spostrzeżeniami zajadał się serowymi koreczkami. - Ta, rozumiesz... - mruknąłem pod nosem.
-Co mówiłeś? - obudził się po chwili.
-Mówiłem, że zabawa jest przednia. - zdobyłem się na dosyć sztuczny uśmieszek.
-Taka przednia, że już jeden kryształowy świecznik zginął śmiercią tragiczną. - pokręcił głową i poklepał moje ramię. - Będzie dobrze, poczekaj jeszcze trochę.
-Czekam całe swoje życie. - odparłem, znudzony opierając się o stół. W końcu, kiedy nadszedł czas na tak zwanego jednego, całe towarzystwo wróciło do stołu.
-Żałuj, takie balety Cię omijają. - powiedziała Julka, wypijając mi resztę soku ze szklanki.
-Widzę. - urwałem.
-Czemu tak burczysz, stary wyluzuj... - zdziwiła się znacząco. - Gabryś, chodź do cioci! - przywołała malucha ruchem rąk, gdy tylko go zobaczyła, a ten jak na skrzydłach do niej przybiegł. Wyściskała go za wszystkie czasy, psując mu przy tym fryzurę wyglądającą na najdroższą w kraju. Ile bym dał, żeby mnie też tak wyściskała... Naprawdę o tym pomyślałem?! Robi się ze mną coraz gorzej.
-Idziesz z nami na spacer? - trąciła mnie stopą pod stołem.
-Spacer? - powtórzyłem.
-Spacer.
-Spacer! - wydarł się malec, a ona chwytając moją, jak i jego dłoń wyprowadziła nas na zewnątrz.
-Uprowadzasz mi syna? - posmutniała Barbara.
-Miało się nie wydać... - mruknęła Julka. Skierowaliśmy się w stronę niewielkiego stawu, który w większości pokryty był lodem. Wiał porywisty wiatr, który tamował nasze drogi oddechowe powodując bezdech. Wszystko wokół było oszronione, a mróz niewiarygodnie szczypał w uszy. Współczuję Julsonowi, krótka sukienka nie idzie w parze z taką pogodą.
-Nie jest Ci zimno? - zapytałem, przerywając niezręczną ciszę.
-Jest. - odparła krótko. - Ale nie dawaj mi swojej kurtki!
-Nie zamierzałem. - prychnąłem.
-Jasne, już widziałam jak chciałeś rozpinać zamek. - wywróciła oczami.
-Jako dowód przyjaźni. W każdym filmie tak robią...
-Tylko przyjaźni? - wbiła wzrok w ziemię, kopiąc Bogu ducha winny kamyk.
-A jeszcze czegoś więcej? - drążyłem temat.
-Nie, po prostu... - zacięła się. - Chcę się upewnić, że nie chcesz znowu... no wiesz. - westchnęła.
-Nie chcę znowu o Ciebie zabiegać?
-Właśnie. - uniosła głowę.
-Możesz być spokojna. - uśmiechnąłem się lekko, wystawiając ręce do przodu, dając jej znak, że śmiało może się do mnie przytulić.
-Dzięki. - odetchnęła głęboko. Po chwili do naszej dwójki dołączył się jeszcze mały Bartman, także spragniony przyjaznych uścisków. Po zrobieniu jednej sporej rundki wokół pałacyku, wróciliśmy do jego wnętrza. Od razu spotkaliśmy się z falą gorąca bijącego od będących tam gości. Długo się nie zastanawiając ruszyliśmy na parkiet, a ja nabrałem pewności siebie. Wiem na czym stoję, a swoje uczucia muszę ulokować gdzie indziej. Może przemiła ciocia Zbyszka zechce mnie przygarnąć?
-Cholera... - Julka zamarła na chwilę, przerywając nasz wspólny taniec.
-Co się stało? - dynamicznie odwróciłem się, spoglądając w stronę głównego wejścia.
-Co on tutaj robi? - jęknęła przerażona, ściskając mocniej moją dłoń.
_____________________________________________________________________
Toż to takie pisane na szybko i bez sensu, i bez składu, ładu...
Następny rozdział miał być epilogiem, ale znowu przedłużam! Znowu! Sama nie wiem który już raz.
Ale okkkkk, dla Was misiaczki wszystko. ♥
+ ten rozdział dedykuję Oldze, bo była najbliżej odpowiedzi! :D Pozdraaawiam! ;*