piątek, 17 maja 2013

ROZDZIAŁ 54

Po mszy tradycyjnie obsypanie parę młodą ryżem i pieniędzmy plus życzenia i prezenty. Przez miasto przejeżdżał korowód trąbiących, pięknie przystrojonych aut, których celem było dojechanie do pałacyku pod Rzeszowem. I wiecie co? Reszty nie pamiętam. Nie chodzi o to, że straciłam przytomność, tylko za dużo tych powitalnych kieliszków szampana. Całą historię opowiedział mi Alex.

-Napij się ze mną. - szturchnęła mnie łokciem.
-Prowadzę. - odpowiedziałem, popijając pomarańczowy sok.
-No ze mną się nie napijesz?! - zapytała z wyrzutem.  
-Noc mamy długą. - poruszałem brwiami. Rzeczywiście, nie wybiła nawet północ. 

-Aleczek, dobrze, bądź asertywny. - do naszego towarzystwa dosiadł się Winiarski. 
-To idę tańczyć, Kubi chodź! - przywołała świadka ręką, a ten zdziwiony wlepił w nią spojrzenie. Kiedy przeszli na "TY"? Od kiedy to ona prosi go do tańca?
-Idź zamiast mnie. - skinął głową w kierunku parkietu, na którym Julka już miotała się na wszystkie strony, w rytmach lat siedemdziesiątych.
-Nie jestem dobrym tancerzem. - skrzywiłem się. 
-Żaden facet nim nie jest. - prychnął. Kiedy już miałem wstawać od stołu, napadła na mnie Basia. 

-Czemu jej nie pilnowałeś? Wiesz, że choruje! - stuknęła swoim palcem wskazującym w mój tors. Bolało. 
-Nie jestem niańką. - zmarszczyłem czoło. - A ona jest pełnoletnia i raczej jej nie potrzebuje. - dodałem po chwili. 
-To co, że jest pełnoletnia! Zachowuje się jak przedszkolak, a ja zostałam bez świadkowej. - pokręciła głową z politowaniem. - Czemu nie zaprosiliśmy Pawła... - westchnęła głośno i wróciła do swoich gości. 
-Kto ze mną zatańczy?! - usłyszałem głośny lament od strony parkietu. 
-No idę. - pomachałem jej ręką i skierowałem się w jej kierunku. Rozpromieniała i od razu pociągnęła mnie na sam środek sali, przez co wylądowaliśmy w centrum zainteresowania. 
-Nie wstydź się, przyjaciele też razem tańczą. - oznajmiła, wyrzucając ręce w górę i obejmując nimi mój kark.
-Nie wstydzę się. - wyparłem się, kładąc swoje dłonie nieco powyżej jej lędźwi.
-Jasne, drżysz jak przestraszony chihuahua. - uśmiechnęła się szeroko.
-Zimno mi. - palnąłem, a ona jeszcze głośniej się roześmiała. 
-Dobra, zapomniałam, jak bardzo zabawny możesz być. - przylgnęła swoim policzkiem do mojej klatki piersiowej, a ja człapiąc po podłodze próbowałem złapać jakikolwiek rytm, co niezbytnio mi wychodziło. Wyglądałem bardziej jak kręcąca się kłoda drewna. - To Twoje serce tak bije, czy mój mózg pulsuje? - zapytała po chwili, a ja nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy płakać. 
-Nie masz mózgu, to co ma Ci pulsować. - sam nie wierzyłem, że to powiedziałem. Ja=idiota. 

-Cenna uwaga. Mądralo... - parsknęła. - Ale tak "baj de łej" możesz nie deptać moich stóp? Wolę nie patrzeć jak właśnie wyglądają moje szpilki w kolorze ecru. 

-Jakim kolorze? 
-Kremowo-beżowym. - westchnęła pełna litości dla mojej niewiedzy. 
-Myślałem, że one są białe... 
-To źle myślałeś. - burknęła. - Teraz na pewno są czarne.
-Nie wyglądają najgorzej... - zerknąłem w dół. Zgodnie z prawdą nie były czarne. Jedynie lekko szarawe. Po jeszcze kilku takich nieszczęsnych nadepnięciach, Julka wywnioskowała, że lepiej będzie, jeśli zatańczy z najbardziej muzykalnym z siatkarzy Michałem W. a mnie pozostawiła samemu sobie. Wróciłem więc do stołu, nalewając sobie kolejną szklankę napoju i trzymając ją w ręku tuż przy ustach, przyglądałem się rozradowanej Zatorskiej, która tak beztrosko wywijała na parkiecie do polskiego disco. W duchu uśmiechałem się do siebie, bo już dawno nie miałem okazji zobaczyć jej tak wyluzowanej. 
-Stary, nie zapraszaj nigdy tak dużo kobiet na swoje wesele. - na krzesło obok mnie, dosłownie padł zmachany Zbyszek. Rozumiałem jego ostrzeżenie i planuję wziąć je sobie do serca. - Nawet z własną żoną nie zdążyłem zatańczyć, bo wszystkie ciotki się na mnie rzuciły! - otarł pot z czoła, brązową serwetką. Ciekawe jak ten kolor nazwałaby Julia. Kora drzewna? - Przejmij ich trochę, co?

-Jeśli ja bym je przejął, wszystkie wybiegły by z tego wesela z płaczem... - zaśmiałem się.
-Baba z wozu, koniom lżej. - poruszył ramieniem. Nie wiem jak to przysłowie miało się odnieść do weselnych pląsów, ale pozostawiam to Zibiemu. - A jak tam z panną Zatorską, działania rozpoczęte?
-Jakie działania... Nic nie idzie tak jak powinno. - obracałem szklane naczynie w dłoniach.
-Daj jej trochę czasu, sam wiesz jak to jest...
-Przecież ona znowu traktuje mnie jako takiego przyjaciela, z którym już nigdy nie porozmawia o przystojnym facecie z galerii handlowej. Wszystko zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni, niby jest jak kiedyś, lecz tak naprawdę całkiem inaczej. Rozumiesz? - skierowałem spojrzenie na Bartmana, który niezwykle pochłonięty moimi wylewnymi spostrzeżeniami zajadał się serowymi koreczkami. - Ta, rozumiesz... - mruknąłem pod nosem. 
-Co mówiłeś? - obudził się po chwili.
-Mówiłem, że zabawa jest przednia. - zdobyłem się na dosyć sztuczny uśmieszek. 
-Taka przednia, że już jeden kryształowy świecznik zginął śmiercią tragiczną. - pokręcił głową i poklepał moje ramię. - Będzie dobrze, poczekaj jeszcze trochę. 
-Czekam całe swoje życie. - odparłem, znudzony opierając się o stół. W końcu, kiedy nadszedł czas na tak zwanego jednego, całe towarzystwo wróciło do stołu. 
-Żałuj, takie balety Cię omijają. - powiedziała Julka, wypijając mi resztę soku ze szklanki. 
-Widzę. - urwałem.
-Czemu tak burczysz, stary wyluzuj... - zdziwiła się znacząco. - Gabryś, chodź do cioci! - przywołała malucha ruchem rąk, gdy tylko go zobaczyła, a ten jak na skrzydłach do niej przybiegł. Wyściskała go za wszystkie czasy, psując mu przy tym fryzurę wyglądającą na najdroższą w kraju. Ile bym dał, żeby mnie też tak wyściskała... Naprawdę o tym pomyślałem?! Robi się ze mną coraz gorzej. 
-Idziesz z nami na spacer? - trąciła mnie stopą pod stołem. 
-Spacer? - powtórzyłem.
-Spacer. 
-Spacer! - wydarł się malec, a ona chwytając moją, jak i jego dłoń wyprowadziła nas na zewnątrz. 
-Uprowadzasz mi syna? - posmutniała Barbara.
-Miało się nie wydać... - mruknęła Julka. Skierowaliśmy się w stronę niewielkiego stawu, który w większości pokryty był lodem. Wiał porywisty wiatr, który tamował nasze drogi oddechowe powodując bezdech. Wszystko wokół było oszronione, a mróz niewiarygodnie szczypał w uszy. Współczuję Julsonowi, krótka sukienka nie idzie w parze z taką pogodą. 
-Nie jest Ci zimno? - zapytałem, przerywając niezręczną ciszę.
-Jest. - odparła krótko. - Ale nie dawaj mi swojej kurtki!
-Nie zamierzałem. - prychnąłem.
-Jasne, już widziałam jak chciałeś rozpinać zamek. - wywróciła oczami. 
-Jako dowód przyjaźni. W każdym filmie tak robią... 
-Tylko przyjaźni? - wbiła wzrok w ziemię, kopiąc Bogu ducha winny kamyk. 
-A jeszcze czegoś więcej? - drążyłem temat. 
-Nie, po prostu... - zacięła się. - Chcę się upewnić, że nie chcesz znowu... no wiesz. - westchnęła.
-Nie chcę znowu o Ciebie zabiegać? 
-Właśnie. - uniosła głowę.
-Możesz być spokojna. - uśmiechnąłem się lekko, wystawiając ręce do przodu, dając jej znak, że śmiało może się do mnie przytulić. 
-Dzięki. - odetchnęła głęboko. Po chwili do naszej dwójki dołączył się jeszcze mały Bartman, także spragniony przyjaznych uścisków. Po zrobieniu jednej sporej rundki wokół pałacyku, wróciliśmy do jego wnętrza. Od razu spotkaliśmy się z falą gorąca bijącego od będących tam gości. Długo się nie zastanawiając ruszyliśmy na parkiet, a ja nabrałem pewności siebie. Wiem na czym stoję, a swoje uczucia muszę ulokować gdzie indziej. Może przemiła ciocia Zbyszka zechce mnie przygarnąć? 
-Cholera... - Julka zamarła na chwilę, przerywając nasz wspólny taniec.
-Co się stało? - dynamicznie odwróciłem się, spoglądając w stronę głównego wejścia. 
-Co on tutaj robi? - jęknęła przerażona, ściskając mocniej moją dłoń. 

_____________________________________________________________________

Toż to takie pisane na szybko i bez sensu, i bez składu, ładu... 
Następny rozdział miał być epilogiem, ale znowu przedłużam! Znowu! Sama nie wiem który już raz. 
Ale okkkkk, dla Was misiaczki wszystko. ♥

+ ten rozdział dedykuję Oldze, bo była najbliżej odpowiedzi! :D Pozdraaawiam! ;* 

sobota, 4 maja 2013

ROZDZIAŁ 53

   W moim życiu, chyba pierwszy raz wszystko zaczęło iść po mojej myśli. Tak naprawdę. Tak, jak sama od dawna chciałam. Skończyłam z przykrymi wspomnieniami i użalaniem się nad sobą, chyba, że właśnie porwałam swoje ulubione turkusowe dżinsy. Tego nigdy nie mogę wykluczyć. Miałam wspaniałych przyjaciół, kochającą rodzinę, pracę, która ruszyła pełną parą, a na przedmieściach Bełchatowa kwiecistą działkę, którą zakupili rodzice.

   Barbara i Zbyszek zostali rodzicami trzyletniego Gabrysia. Nie było mu łatwo oswoić się z nowym otoczeniem, nowymi ludźmi wokół i nowymi zasadami. Teraz mieszka u państwa Bartman. Basia wierzy, że jej nienarodzone dziecko, patrzy na świat przez oczy Gabriela. Pogodziła się z myślą, że jest matką dwojga pociech, lecz temu jednemu nie było dane cieszyć się życiem. Zbyszek z początku także bardziej aktorzył, aniżeli serio zajmował się synem, ale teraz można śmiało powiedzieć, że łączy ich prawdziwa rodzicielska więź.

   Wesele, na które miałam wybrać się razem z Alkiem przełożyło się miesiąc po wyznaczonym wcześniej terminie. Całe moje przygotowania szlag trafił, a do tego ślub Zbyszka i Basi odbywał się w ten sam dzień. Długo nie myśląc, postanowiłam wybrać się na przyjęcie przyjaciółki, która przecież jest dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam.
-Siema! - przywitałam się entuzjastycznie, od razu wparowując do mieszkania zaskoczonego Alexandara. - Mam interes...
-Sorry, nie mam kasy. - skrzywił się.
-Co? - zmarszczyłam brwi. - Nie, nie o to chodzi! - machnęłam ręką. - Muszę zrezygnować z wesela Twojego kumpla...
-Spoko, już nie są razem. - poruszył ramionami.
-Aha. - mruknęłam zdezorientowana. To przecież normalne rozstawać się miesiąc przed ślubem. - Ale za to mam zaproszenie na ślub Baśki i Zbyszka... Z osobą towarzyszącą. - dodałam.
-Pobierają się? - z uznaniem pokiwał głową.
-W końcu... - westchnęłam. - To co, wybierzesz się ze mną?
-Skoro nalegasz... - charakterystycznie poruszał brwiami.
-Jak nie chcesz to nie, pójdę sama...
-Czy ja powiedziałem, że nie chcę?
-No nie...
-No to pójdę!
-Dzięki. - trąciłam jego ramię.
-Z Tobą się dogadać... - wymamrotał i wymierzył we mnie poduszką. - Chcesz coś do picia, może kanapkę z serbskim dżemem? Mama robiła. - wyszczerzył się niemiłosiernie.
-O jakim smaku?
-Wieloowocowy. - wzruszył ramionami, siłując się z wieczkiem słoika. Po wielu wylanych kroplach potu udało mu się otworzyć dżem. Także wszystko znowu wróciło do normy. Nie czułam blokady między nami, tylko przyjaźń, która rodzi się na nowo, a chleb smakował wyjątkowo wyśmienicie!

Listopad. W tej nazwie nie ma literki "R", nad czym ubolewała mama Basi. Pech, cierpienie, rozwód, to wszystko przez tę nieszczęsną literkę. Przygotowania trwały już od dawna. Ogromna sala w wynajętym przez Zbyszka pałacyku pod Rzeszowem, catering dostarczające najbardziej wykwintne potrawy, profesjonalna orkiestra, której celem było zabawianie gości do samego rana. Ja, jako świadkowa miałam na głowie cały wieczór panieński, plus przygotowanie druhien, bo przecież panna młoda wymaga. Cały miesiąc biegałam, nie mając chwili wytchnienia. Gabriel już całkiem zaaklimatyzował się wśród rodziny i przyzwyczaił się do ciągłych treningów taty. Oczywiście na kogo głowie zostało zajęcie się nim? Julii!
-Masz coś coś nowego, starego, białego, niebieskiego i pożyczonego? - wymieniała mama Mrozówny.
-Mamo... - jęknęła zdenerwowana Basia, która za chwilę syknęła, kiedy pociągnęłam jej włosy zakładając śnieżnobiały welon.
-Uważaj, żeby nie przydepnąć trenu... - ostrzegła.
-Tak, będę uważać. - warknęła.
-W tym bukiecie bardziej widziałabym kremowe lilie, niż te całe frezje... - skrzywiła się kobieta.
-Mamo, proszę Cię, daj mi spokój!
-Pani Zosiu... - uśmiechnęłam się lekko, dając jej znak, że powinna zamilknąć, lub nadzwyczajniej w świecie stąd wyjść.
-Już nie jestem do niczego potrzebna... - westchnęła ciężko i wyszła z pomieszczenia.
-No i teraz będzie płakać po kątach... - burknęła dziewczyna.
-Ma tylko jedną córkę, chce dla niej jak najlepiej. - poprawiłam jej grzywkę.
-Ja wiem... - rzuciła się w me ramiona. - Boję się.
-Czego? - zaśmiałam się cicho. - Przecież to tylko świstek, nic więcej się nie zmieni...
-Wszystko zaczęło się tak wcześnie, dziecko, ślub, wspólne mieszkanie... Czasem powątpiewam, czy na pewno jestem na to gotowa.
-Jesteś. - potarłam przyjacielsko jej plecy. - Zibi Cię kocha, będziecie się wspierać, będziecie patrzeć jak Gabryś dorasta...
-A potem się zestarzejemy. - przybiłyśmy głośną piątkę.
-Nie bój się, wszystko będzie okej... - jeszcze raz pogładziłam jej ramię.
-No panienki, zaraz wyruszamy. - do pokoju z wielkim impetem wszedł Zbyszek, ale kiedy zobaczył swoją przyszłą żonę w białej sukni, oniemiał.
-Powinnam teraz powiedzieć, że masz się wynosić, ale i tak za dużo tych rzeczy na przekór przesądom. - machnęłam ręką.
-Alek będzie? - zapytał siatkarz.
-Powinien zaraz tu przyjechać. - spojrzałam na wyświetlacz komórki, ale po chwili usłyszałam klakson Mustanga. - O wilku mowa. - uśmiechnęłam się szeroko i pociągnęłam przyjaciół za dłonie. Na wesele zaproszona była znaczna część reprezentacji, Asseco Resovia, cała rodzina Zbyszka, jak i Basi. To był ich wielki dzień.
-Nie dało się mniejszego auta załatwić?! - bąknęła Mróz, nie mogąc wepchnąć się do samochodu.
-Poczekaj, poczekaj... Poczekaj cholero! - wrzasnęłam, ciągnąc przyjaciółkę za biały tren.
-Może zadzwonię po Michała? - wspomniał Bartman.
-A on czym przyjedzie, motorynką?! - fuknęła Barbara.
-Spokojnie, damy radę... - oznajmiłam.
-Nie, to nie ma sensu. Nie zmieszczę się tu. - posmutniała.
-Zadzwonię po Kubiaka, na pewno jest już w Rzeszowie. - Zbyszek wyjął komórkę z kieszeni spodni, co przecież nie powinno mieć miejsca i wybrał numer do przyjaciela. Zamienił z nim kilka zdań i umówił się pod domem narzeczeństwa.
-Mam zostać z Wami, czy mogę już jechać? - wtrącił nieco znudzony Atanasijević.
-Poradzą sobie, w samochodzie Michała na pewno będzie tłok. Do zobaczenia pod Kościołem. - ucałowałam przyjaciółkę i wsiadłam do Mustanga Serba. Z moją sukienką na szczęście nie było problemu i już za chwilę, z piskiem opon ruszyliśmy w kierunku Kościoła.
-Trzęsiesz się. - zauważył rozbawiony siatkarz.
-Z zimna. - odparłam. Julka kłamczuch, denerwowałam się jak nigdy.
-W takiej kurteczce, to nie dziwne. - westchnął.
Po kilkunastu minutach byliśmy już na miejscu. Przed budynkiem zgromadziło się już sporo ludzi, czekając na tę szczególną parę. Przyjechali srebrnym Infinity FX, a z niego wyłoniła się przeszczęśliwa Basia, wraz ze swym ukochanym.
-Świadkowa? - podszedł do mnie Michał i wystawił dłoń. Skinęłam głową i uścisnęłam rękę siatkarza. - To od teraz trzymamy się razem...
Osoba towarzysząca Kubiaka pomagała Barbarze w ostatnich poprawkach, a zaraz potem zaprosiliśmy wszystkich do wnętrza Kościoła. Kiedy zabrzmiał marsz Mendelsona, oczy mimowolnie zaszły mi łzami.
-Masz obrączki? - szturchnęłam bok Michała. On nerwowo poklepał się po kieszeniach i spojrzał na mnie z przerażoną miną. Serce podeszło mi do gardła. - Powiedz mi, że żartujesz...
-Cholera. - syknął i pacnął się w czoło. Natychmiast odpokutował przykre słowa i wybiegł z Kościoła, na co przyszłe małżeństwo zareagowało ze zdziwieniem.
-Co jest? - szepnął Bartman, dyskretnie przysuwając się do mnie.
-Zapomniał obrączek. - powstrzymywałam się tylko, aby nie wybuchnąć śmiechem.
-Wiedziałem, wiedziałem, że coś pójdzie nie tak. - pokręcił z niedowierzaniem głową.
-Nie mów nic Baśce, zejdzie na zawał. - wspomniałam, z uśmiechem na twarzy. Ta, szła właśnie po dywanie z różowych kwiatów, trzymając pod rękę swojego ojca. Mrugnęłam do niej okiem, a ta odwzajemniła gest. Uradowany Zbyszek przejął przyszłą małżonkę i obydwoje stanęli na ślubnym kobiercu. Kubiaka jak nie było, to nie ma, a Gabryś w międzyczasie zdążył rozwalić bukiet białych róż, wiszących na filarze.
-Wcięło je. - szepnął Michał, który nawet nie wiem kiedy usiadł obok mnie.
-Jak to wcięło!? - obruszyłam się.
-Nie ma ich! - nieco podniósł ton, ale ciągle niesłyszalnie dla innych.
-Nie rób sobie ze mnie jaj, wyciągaj je!
-Nie mam ich!
-Gdzie widziałeś je ostatni raz? - zapytałam. Śledztwo czas rozpocząć.
-Noo... - podrapał się po głowie. - Nie wiem. - chlipnął.
-Nie mam słów. - przetarłam swoją twarz dłońmi. Nawet nie zauważyliśmy, że oczy całego Kościoła zwrócone są na nas.
-Coś nie tak? - palnął przyjmujący.
-Zakłócają państwo przebieg Mszy Świętej. - odrzekł kapłan.
-Myślałem, że już trzeba dać obrączki. - szepnął, nerwowo ocierając pot z czoła. - Co robimy?
-Nie wiem. Nie wiem, nie wiem, nie wiem. - pokręciłam głową. - Najwyżej, pobiorą się bez obrączek. - poruszyłam ramionami. Dalsza msza minęła mi na obmyślaniu planu, w jaki sposób wydobyć ślubne pierścionki. Totalna pustka, nic nie przychodziło mi do głowy.
-Podajcie sobie prawe dłonie... - nakazał ksiądz, a ja poczułam falę gorąca.
-Klops. - skrzywił się Michał.
-To Twoja wina, wszystko będzie na Ciebie!
-Przyjmę to z pokorą. - opuścił głowę. Po przysiędze małżeńskiej przyszedł czas na wymianę obrączek.
-Kubi, obrączki. - upomniał się zdenerwowany nieco Zbyszek. On tylko głupio pokręcił głową. - Obrączki!
-Nie mam! - odkrzyknął Michał.
-Zapomniałeś ode mnie wziąć przed Kościołem. - obok nas znalazł się Wojtaszek i wręczył Kubiakowi granatowe pudełeczko z dwoma, błyszczącymi pierścionkami. Obydwoje i chyba nie tylko, odetchnęliśmy z ulgą.
-Nigdy więcej nie będę świadkiem. - burknął siatkarz, z powrotem stając obok mnie.
-Teraz już tylko z górki. - trąciłam go łokciem, a on chcąc nie chcąc, uśmiechnął się od ucha do ucha.

_____________________________________________________________________

Nie wiem czy wiecie, bo może wiecie, ale może też nie, w poniedziałek jadę do Hiszpanii na wycieczkę. ;-) Nie będzie mnie tydzień. Miałam plany napisać 352536 rozdziałów na zapas, ale wyszło jak zawsze. .__. 
Także więc, może jeszcze jutro uda mi się coś naskrobać, o ile nie pochłonę się pakowaniem. : o 
Pozdrawiam, Sissi. ♥

wtorek, 23 kwietnia 2013

ROZDZIAŁ 52

Nazajutrz wstałam wcześnie rano, znów przewracałam się z boku na bok, bojąc się, że zaczynam cierpieć na bezsenność. Paweł siedział zamkniety w pokoju już dłuższy czas, odkąd Marta go rzuciła. Nie miałam odwagi wejść do niego, przytulić i zapewnić, że wszystko będzie dobrze, bo ja sama w to nie wierzyłam, choć kiedy ja byłam w totalnej rozsypce on robił mi herbatę i siadał obok. Czemu ja oczekuję pomocy od innych, skoro sama nie potrafię jej dawać?
-Wstawaj, pobiegamy. - weszłam do jego pokoju z wielkim hukiem, a on markocząc coś pod nosem, narzucił kołdrę na swoją twarz. - Dobrze Ci to zrobi, chodź. - zciągnęłam z niego nakrycie i pociągnęłam za ręce zsuwając z materaca. Niechętnie podniósł się z łóżka i poszedł w stronę łazienki, z której już po chwili słychać było szum lecącej wody. Dumna z siebie usiadłam na kuchennym blacie i chwyciłam butelkę wody. Włączyłam radio i podśpiewując pod nosem założyłam sportowe buty.
-Zrób coś dla ludzkości i nie śpiewaj, proszę. - burknął Zatorski zapinając swoją szarą bluzę po samą brodę.
-Wsparcie od rodziny przede wszystkim. - parsknęłam i obydwoje wyszliśmy z mieszkania, zamykając je za sobą. Swoje kroki postawiliśmy w stronę przytulnej knajpki, w której serwowali najlepsze śniadania w okolicy i nie, nie był to McDonald. Przed tym jednak zrobiliśmy rundkę wokół osiedla wymieniając się spostrzeżeniami na temat nadchodzącego sezonu ligowego, plus nie zabrakło pikantnych szczegółów z życia Pawła.
-A wiesz co jest najgorsze? Powiedziała, że jestem niedojrzałym małolatem, który jedyne co potrafi robić to odbijać piłkę.
-Prawie czterdziestoletnia kobieta ma swoje wymagania...
-To co ona myślała?! Że będę jej botoks w usta wstrzykiwał?!
-Dzięki Tobie chciała poczuć się młodziej, atrakcyjniej, lepiej...
-Ale najwyraźniej ja nie byłem wystarczająco atrakcyjny. - prychnął z dezaprobatą.
-Przestań! To nie z Tobą jest coś nie tak, tylko z nią. - trąciłam jego ramię. - Ty jeszcze kogoś sobie znajdziesz, ona niekoniecznie.
-Dzięki. - zdobył się na lekki uśmiech. - Skręcamy na croissant'y? - wskazał głową na kawiarnię.
-Pewnie! - pisnęłam z zachwytu i już po chwili znajdowaliśmy się w ciepłym wnętrzu kawiarni. Zamówiliśmy jakże pełno wartościowe wypieki i kawę, którą pachniało od samego wejścia tutaj. Po kilku minutach już zajadaliśmy się przepysznym śniadaniem.

W południe siedziałam jak na szpilkach, oczekując przyjazdu Basi. Miałam pewne teorie, ale nie chciałam zbyt wcześnie się napalać. W końcu usłyszałam ten od dawna wyczekiwany dzwonek do drzwi. Dobiegłam do niego jak strzała natychmiast je otwierając.
-Cześć. - powitała mnie z szerokim uśmiechem przyklejonym do twarzy, a zaraz zza niej wyłoniła się postać Zbyszka. Obydwoje mocno wyściskałam i zaprosiłam do środka.
-Mówcie, bo nie mogę wytrzymać! - pomogłam Mrozównie zdjąć płaszcz i odwiesiłam go na wieszak, a moje oczy wyglądały jak dwa okrągłe spodki.
-Wiedziałem, że tak będzie. - zaśmiał się siatkarz.
-Jak będzie? - zmarszczyłam brwi.
-Nie wpuścisz nas do salonu, nie zrobisz herbaty, tylko będziemy tak tutaj stali? - zapytała niecierpliwa Basia.
-Czujcie się jak u siebie! - zaprezentowałam mieszkanie zamaszystym ruchem rąk i natychmiast pognałam do kuchni.
-Kawę, herbatę? Ty Baśka to kawy chyba nie możesz, co?! - krzyknęłam przeglądając etykietki i nie zauważyłam, że właśnie palnęłam głupstwo.
-Czemu nie mogę? - zdziwiła się.
-A możesz? - wychyliłam się zza ściany, spoglądając na parę. Oni spojrzeli tylko po sobie, a Zibi parsknął śmiechem.
-Zrób mi kawę, będziesz kombinować! - bąknęła, a ja posłusznie wsypałam do szklanek po dwie łyżeczki czarnej kawy. Na talerz wyłożyłam kilka wafelków i ciasteczek, i postawiłam je na środku stołu.
-No. - klepnęłam w udo przyjaciółki.
-Witam, witam. - ze swojego lokum wyszedł wiecznie zaspany Paweł i przywitał się z gośćmi. Dosiadł się do nas, w mgnieniu oka pochłaniając waniliowe wafelki. Ja zalałam kawę wrzątkiem i z powrotem wróciłam do dużego pokoju.
-Mówcie! - niecierpliwiłam się, patrząc co rusz na Basię i Bartmana.
-Co będziemy mówić, przeczytaj. - rzeszowski atakujący wyjął z kieszeni zgiętą w pół kartkę, a ja przechwyciłam ją i w mgnieniu oka. Przeczytałam pierwsze zdanie. Zbyszek objął swoją dziewczynę i pocałował w skroń.
-Co to? - wybełkotał Zati.
-Wy jesteście nienormalni. - zgromiłam ich wzrokiem.
-Normalni, normalni, bo w słusznej sprawie. - Mróz poruszała brwiami.
-Co to?! - buzujący brat szturchnął mnie stopą.
-Akt małżeństwa. - urwałam. - Kiedy było wesele?! Czemu mnie tam nie zaprosiliście?!
-Uspokój się! - przerwała mi.
-Uuu, grubo. - zawył Paweł, zapychając się ciastkami.
-To tylko cywilny, nie chcieliśmy robić huku wokół siebie...
-Huku?! To może w ogóle wyjedźcie z kraju, żeby nie robić huku!
-Julka! Chcemy adoptować dziecko, po to był ten cały ślub! - wtrącił Zbyszek.
-Aaa, to zmienia postać rzeczy. - zamilkłam, potulniejąc. - Ale jak to, dziecko? - zmarszczyłam brwi.
-Byliśmy w Domu Dziecka, zaprzyjaźniliśmy się z trzyletnim Gabrysiem...
-Trzyletnim?! Powiedzą, że się puściłaś. - fuknęłam.
-Przestań, okej?! - wrzasnęła Baśka. - To nasza decyzja, a Ty nie masz tu nic do gadania!
-Kiedy będzie mógł zamieszkać u Was?
-Jeśli wszystko pójdzie w miarę bezproblemowo, za tydzień, dwa, będzie już Gabrielem Bartman. - powiedział dumnie siatkarz.
-Chcesz zobaczyć zdjęcie? - zapytała. Przytaknęłam kiwając głową. Z torebki wyjęła prostokątną fotografię, na której widniał promienny i roześmiany chłopiec. Brunet, z wielkimi niebieskimi oczami, niczym Zbyszek.
-Przystojny facet. - zaśmiałam się, a w moich oczach pojawiły się łzy. Łzy szczęścia. - Gratuluję. - przytuliłam się do przyjaciółki, a następnie do atakującego.
-Ale ślub kościelny też ma być! Nie daruję Wam tego! A tym bardziej Tobie! - pogroziłam Basi palcem. - Pamiętasz nasze plany? Mam być świadkową!
-Konkretne wymagania... - roześmiał się Zbyszek.
-Tobie też nie podaruję... - syknęłam groźnie, lecz po chwili na obydwojgu zawiesiłam swoje ramiona. - Będę najlepszą ciocią na świecie. Będę go rozpieszczać słodyczami i zabierać go na mecze Skry, żeby nie wyrósł na rzeszowskiego kibola przypadkiem...
-Kto go będzie zabierał na mecze, ten będzie. - wciął się Paweł. - Załatwię mu wejściówki VIP!
-Na trybunach pozna smak prawdziwego dopingu...
-Już mi chcą syna pod pszczołowate skrzydła podprowadzić... - Bartman pokręcił głową.
-Ładnie powiedziane. - rozczuliłam się. - Syna... Zbyszek w końcu dorośleje.
-Obrażasz mnie! - mruknął Zibi.
-Czyli Ty, Mróz, już nie jesteś Mróz! - olśniło mnie.
-Mróz-Bartman, nie chciałam rozstawać się z nazwiskiem.
-Jeszcze raz gratulacje. - poklepałam małżeństwo po plecach.
-A Ty, pani Kurek? - zapytał siatkarz, trafiając w czuły punkt. Paweł wyczuwając sytuację, natychmiast się ulotnił.
-Może dołożę ciasteczek. - wymamrotałam i przeniosłam się do kuchni.
-Coś nie tak?! - krzyknęła za mną Basia.
-Wy naprawdę wierzyliście, że kiedykolwiek nią zostanę? - zapytałam, stając w przejściu pomiędzy kuchnią, a salonem.
-Szczerze? - udzielił się Zbyszek. - Nie.
-Prawidłowa odpowiedź. - westchnęłam, rozsiadając się na fotelu. - Skończyliśmy ze sobą przez Skype'a. Jak w dwudziestym pierwszym wieku, co? - zaśmiałam się głupio, jakby z bezsilności.
-Trzymasz się? - zapytała Barbara z troską w głosie.
-Jasne. Przecież ten związek od początku nie miał przyszłości. - poruszyłam ramionami.
-Przesadzasz. Przecież się kochaliście...
-Jak brat z siostrą. Nigdy nie czułam do niego nic więcej niż naprawdę zaawansowaną przyjaźń. A teraz? Teraz nie czuję do niego nawet nienawiści...
-A co z Alkiem? - wtrącił Bartman.
-Z tym już lepiej, pogodziliśmy się...
-Chociaż tyle. - Basia posłała mi lekki uśmiech.
-Przestańcie się mną przejmować! Zamiast cieszyć się tym, że niedługo będziecie musieli szykować obiad na troje, to oni lamentują nad moim życiem! Ludzie...
-Sama nie mogę w to uwierzyć... - Mróz zachichotała. W końcu zrozumiałam jak to jest cieszyć się ze swojego szczęścia...

________________________________________________________

Po dokonaniu swojego obowiązku, idę się edukować z matmy.

Ta jasne, już to widzę. : ) 

Pozdrawiam, Sissi. ♥